Godziny kapitańskie MichałaP
Szalony Koń
 Dzielna ekipa
troche żegluje
MichPiet
[kapitan]
troche żegluje
Marta
[I oficer]
troche żegluje
Dominik
[II oficer]
troche żegluje
Ewcia
[załoga]
troche żegluje
Maciek
[załoga]
wykwalifikowany i doświadczony członek załogi, uczestnik wielu wypraw, między innymi: 07.2004 fiordy norweskie, 12.2004 przylądek horn, 05.2005 morze północne
Kurak
[załoga]



 Wspomnieniowo

DOMINIK: Na wstępie chciałem przeprosić za jakość prezentowanych przezemnie zdjęć ale niestety mój Zenit 122 uległ uszkodzeniu i wpuszcza odrobinę swiatła do swojego środka bez wcześniejszej konsultacji ze mną. Efektem tego na każdym zdjęciu jest "smuga" z którą nic się nie da zrobić - Dominik

II oficer - Dominik na służbie ;)Nadal DOMINIK: Ciekawe czy będzie to kolejne wypacowanie na czwórkę? Całe liceum przejechałem na czwórkach z języka polskiego. Każde moje wypracowanie było "dobre". Czasem była to cała czwórka, czasem czwórka z minusem ale chyba tak jak nigdy nie była to czwórka z plusem tak nigdy nie była to trójka. A więc zaczynam (ciekawe dlaczego nie zaczyna się zdania od "a więc" ja uwielbiam zdania w ten sposób zaczęte) A WIĘC rejs był krótki - i to była jego podstawowa wada, za to był bardzo udany!
Zanim doszło do samego rejsu odbyło się jedno spotkanie przedrejsowe. Na spotkaniu stawił się Michał znaczy kapitan, ja i EwaP która zaraz jak tylko sie pojawiła to oznajmiła, że nie może z nami popłynąć :( Marta na pewno chętnie by sie pojawiła aby z nami "skleić żółwia" ale musiałaby pokonać drogę czterystu kilometrów pomiędzy Gdańskiem a Warszawą. Ewcia prawie dotarła na spotkanie ale w tym właśnie momencie ratowała swoje stoisko przed zatopieniem na Targach Nauki. Maciek prawdopodobnie w dniu spotkania nie wiedział jeszcze, że jest w załodze :)
Do Gdyni dotarliśmy samochodem, MY znaczy - Michał, Ewcia i ja, SAMOCHODEM znaczy - moją srebrną strzałą czyli Lanosem. Chwilę po nas pojawił się Maciek z wielkim plecakiem. Zapakowaliśmy jacht i wypłynęliśmy na Zatokę Gdańską. Pogoda była piękna, słoneczko opalało, piwko chłodziło gardła i wogóle było pięknie. Przez cały czas kogoś nam brakowało aż w końcu uświadomiliśmy sobie, że nie zabraliśmy jeszcze naszego pierwszego oficera. Marta od rana pisała egzamin z biochemii czy czegoś równie egzotycznego i miała dołączć do nas dopiero wieczorem. Gdy byliśmy już w komplecie wypłynęliśmy na poważnie - obraliśmy kierunek jakieś 045 stopni i ruszyliśmy w stronę Kłajpedy.
Chyba strasznie sie rozgadałem a w sumie nic konkretnego nie napisałem więc oddam głos komuś kompetentnemu czyli naszemu pierwszemu ofcerowi:

Pani I oficer - MartaMARTA: „Jest trochę syfu, ale jachcik ogólnie spoko. Tylko mało miejsca, tzn. wszedłem ja i plecak, reszty jakoś nie widzę :-)”. Oto pierwsza relacja kapitana z „Szalonego Konia”, jeszcze przed rejsem. Na szczęście okazało się, że resztę załogi i prowiant też udało się gdzieś upchnąć i we wtorek wieczorem rozpoczęliśmy nasz okropnie nudny rejs.
Droga do Kłajpedy okazała się męcząca i rzygotliwa, i nie mam na myśli tylko Ewy, ale i pozostałe osoby (a tak właściwie czy Ewa dostała swoją czekoladę?), wszystko mokre, nawigacja utrudniona przez rzeczy zalegające dosłownie wszędzie... Wtedy to chyba urodził się pomysł z organizacją rejsów-turnusów odchudzających. Kłajpeda okazuje się być bardzo dobrą miejscówką do spania. Panowie z innych jachtów specjalnie głośno po nas tupotali, kiedy w śpiworkach na kei czekaliśmy na otwarcie prysznica, więc na drugi nocleg wybraliśmy malowniczą górkę. A spało się baaaaaaaaaaaaardzo dobrze. Obudziły nas głośne śpiewy i muzyka. Szaszłyczek, wianki, DJ Babcia, tłumy ludzi – tak rozpoczętą Noc Świętojańską zakończył seans wścieklaków na Szalonym.
I oficer zażywa kąpieli słonecznejReszta rejsu upłynęła pod hasłem „Ale my jesteśmy pojebani”. Trasa Kłajpeda – Władysławowo to chyba okres naszej największej kreatywności. Chleb z kminkiem, a Kłajpeda jest tam! Długo nas trzymała, fakt, właściwie przez cały dzień było widać te kominy... Poza tym bardzo luksusowe to było pływanie. Wielkie brawa dla męskiej części załogi za zaangażowanie kulinarne. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś robił mi kanapki i karmił oliwkami :-) Pesto było super, parówki były super, a sałatka Szefa Kuchni Maćka super super super! Słońce świeciło cały czas, wiatr nie wiał za mocno, więc większość czasu spędzaliśmy na pokładzie (książeczki, spanie, sterowanie) – zaowocowało to już wkrótce spalonymi ryjkami i przebojem stał się Panthenol Ewy. Nawet przebieranie się za żółwia ninja nie pomogło... Urodził się Pan Pomarańczek, który nastepnie zaginął we Władysławowie w tajemniczych okolicznościach... Powołany został do życia Klub Permanentnie Mokrych Gaci z prezesurą Maćka oraz Klub Zimnej Stopy pod przewodnictwem Dominika. Nikt nie chciał się przyłączyć do Klubu Gmerania Nogą w Garach (Pesto). Chociaż później przyłapałam Maćka na wsadzaniu stopy do kubka po kawie. A Kapitan założył lila skarpetki. We Władysławowie zjedliśmy pycha rybę, a na jachcie kontynuowaliśmy rozpustę poprzez Smugglersa, koreczki mięsno-serowe i czosnkowe oraz Rum. Kurak się totalnie sponiewierał i całą noc wisiał przyklejony Blacktejpem do pilersu.
Lik dolny fokaNastępnie skoczyliśmy do Łeby po wielokrotnie wspominane już od pierwszego poranka w Kłajpedzie winko. Udało się! Parówki, chleb razowy, ogórek i czerwone stołowe pod Helem. A potem wypatrywanie foczek na plaży. „Szkoda, że nie jesteśmy łódką mieczową...”
Krótki pobyt na Helu, aczkolwiek zakończony niemiłym dla Studentów Z Warszawy epizodem, należy również zaliczyć do udanych. Gdzieś totalnie zagubiła mi się idea wczasów odchudzających. Może załapałam się nie na ten turnus co trzeba? Słoik Nutelli znikał w dość szybkim tempie.
Zatoka zrobiła psikusa i przywitała nas silnym wiatrem – także nawet kapitan, o ile wcześniej udawało mu się wybronić zakończył rejs w Gdyni z Mokrą Dupą.
Generalnie rzecz biorąc nuda. Nic się nie działo. ;-)
Zachód słońcaKlimat i dowcipy nie do powtórzenia. Nie pamiętam już z czego tak się wciąż śmiałam, ale wciąż bolał mnie od tego brzuch, a to głównie za sprawą niespodziewanie odnalezionych bliźniaków - Dominika i Maćka. Nie pamiętam, żebym na którymś rejsie miała tak bezproblemową i śmiechową załogę, liberalnego kapitana, dobre jedzenie, mały stół nawigacyjny ze ścierką z ładnym wzorkiem, plastikowe kubki, burdel wszędzie (czyżby powracająca tradycja kurwidołka z kursu na sternika?), zawsze ciepłą koję (dzięki Dominik!) i Permanentnie Mokre Gacie. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się spotkać w komplecie na jakieś browarro, że o rejsie już nie wspomnę.

Kapitan - MichpietDnia 2005-06-29 o godzinie 15:44:49 kapitan napisał o Szalonym Koniu: "jachcik mały ale to nie jego wina, pływa sie trochę za blisko wody, nic nie musiałem naprawiać, pierwszy jacht na którym nie bałem się oprzeć o sztormreling, solidny, polecam!"




 Zdjęciowo
 
 
 
 



 Na wesoło

Pewnemu rolnikowi żona robiła niesamowicie dobre kanapki, kiedy szedł pracować w polu. Kanapki były ze świeżego chlebka, cieniutko posmarowane masełkiem, ze świeżutkim serkiem, wędlinką, sałatą, żodkiewką, pomidorem, ogórkiem i sosem majonezowym. Rolnik gdy poszedł pracować kanapki położył na kamieniu jak zawsze... Po kilku godzinach pracy, zmęczony podchodzi do kamienia skonsumować kanapki ... a tu ich nie ma! Następnego dnia żona znowu zrobiła mu pyszne, jak zawsze, kanapeczki, rolnik poszedł robić w pole, aby po kilku godzinach pracy zauważyć, że znowu jego kanapki zniknęły! Zdenerwował się i postanowił, że następnego dnia będzie patrzył zaczajony za drzewem co się dzieje z jego kanapkami. Jak pomyślał - tak zrobił. Poszedł jak codzień na pole, kanapki połozł na kamieniu i zaczaił się, patrzy, a tu wielki orzeł nadlatuje i porywa jego drugie śniadanie. Rolnik biegnie za nim. Biegnie, patrzy, że orzeł leci do lasu - rolnik za nim! Orzeł siada miedzy drzewami na środku polany. Rolnik obserwuje go z krzaków. Orzeł odpakowuje kanapki, wyciąga z nich zawartość, wyrzuca wędlinę, ser, sałatę, żodkiewkę, ogórka, pomidora, bierze dwie kromki chleba, przykłada sobie do piersi i masując swoją klatkę piersiową woła głośno: "Aaale ja jestem pojebany!

Hipopotam leży nad rzeczką i odpoczywa po trudach dnia codziennego. Wypoczywa tak już trzeci tydzien. Leży i leży. Sapie. Przewraca się z boku na bok. Całkowita nuda... Nic się nie dzieje... I tak w kółko... Nagle przybiega jego synek - mały hipopotamek i płacze:
- Tatusiu, tatusiu, rowerek mi sie popsul, prosze napraw mi go!
A hipopotam na to:
- Tak, kurwa! Weź teraz rzuć wszystko i napraw mu rowerek!




 Dzielny jacht
 
CO TO ZA JACHT???
Dufour C24 znany też pod nazwą Conrad C24. Długość jachtu to 7·26 metra, szerokość to 2·64 metra. Wyporność jednostki to 1·3 tony i może na niej pływać 6 osób.

CO JEST NA JACHCIE???
Żagle na jachcie: fok, grot, genua, kliwer, grot sztormowy, spinaker. Wyposażenie elektroniczne to GPS, UKF i dodatkowo radiomagnetofon :) Jacht posiada silnik zaburtowy - 8 koni mechanicznych.

CZEGO NIE MA NA JACHCIE???
Na jachcie nie ma kibla!!!